Na czym polega niebezpieczeństwo tzw. ustawy kagańcowej i co to ma wspólnego z lekarzami.

ustawa kagańcowa


Czy jesteśmy sobie w stanie wyobrazić sytuację, w której to rząd nakazuje lekarzowi – i to pod groźbą kary - stosowanie określonej terapii wobec pacjenta? Jeśli nie, to dlaczego tak wielu jest skłonnych zaakceptować narzucenie sędziom określonej interpretacji przepisów prawa i to pod groźbą kary? Wielu się wydaje, że to co spotyka sędziów mogło się przytrafić wyłącznie sędziom. Rzeczywistość jest zupełnie inna, o czym świadczą zmiany w edukacji, czy choćby wstrzymywanie nominacji profesorskiej przez okres prawie dwóch lat. Wyraźnie wyartykułowana wobec sędziów wola zmiany ich mentalności wcale nie musi dotyczyć wyłącznie sędziów. Już nie wola, a nakaz podporządkowania się sędziów, do czego wykorzystano tzw. ustawę kagańcową, władzy ustawodawczej i wykonawczej wcale nie musi ograniczyć się wyłącznie do środowiska sędziowskiego. Chodzi bowiem o materię, która stała się przedmiotem regulacji. Nikt wcześniej, nie uczynił tak wiele, aby – pod groźbą kary – wymusić na grupie społecznej przyjęcie określonego sposobu działania, zaniechania, czy wręcz myślenia odpowiadającego władzy wykonawczej i ustawodawczej. Gdyby tak wskazane wątpliwości przenieść do świata medycyny, to czy reakcja społeczeństwa byłaby inna? 


Lekarz w służbie Ministra Zdrowia 

Dlaczego nikt nie zadał sobie pytania co by było, gdyby ustawodawca wprowadził przepisy dyscyplinujące lekarzy, przewidujące kary dyscyplinarne, z wydaleniem z zawodu włącznie, na wypadek gdyby lekarz postanowił zastosować nową, choć sprawdzoną „w obcym kraju” i powszechnie stosowaną na świecie terapię, która byłaby uznana przez polskie Ministerstwo Zdrowia, za godzącą w dobro narodu polskiego? Gdyby tak, odpowiedzialność groziła lekarzowi także wtedy gdy, poddaje w wątpliwość sposób stosowania polskiej terapii, czy polskiego leku, oficjalnie uznanych przez Ministerstwo Zdrowia za właściwe? Czy społeczeństwo nie byłoby zszokowane, gdyby np. wybitny polski lekarz, profesor medycyny uzasadniałby zastosowanie "obcej" terapii wytycznymi WHO albo – o zgrozo - Unii Europejskiej, zaś polski Minister Zdrowia uznałby to za atak na Polskę i podważanie prawa Polski do własnej służby zdrowia, czy prawa Polski do decydowania o zdrowiu Polaków? 

Choć symptomy takiego podejścia w medycynie już się pojawiają, to nie jest to porównywalne z tym, co zaplanował i wykonał ustawodawca wobec sędziów. Przywołuję ten przykład, aby nieco uzmysłowić, w czym tkwi niebezpieczeństwo związane z ustawą z dnia 20 grudnia 2019 r. o zmianie ustawy – Prawo o ustroju sądów powszechnych, ustawy o Sądzie Najwyższym oraz niektórych innych ustaw, nazywaną już powszechnie „ustawą kagańcową”. 

Odpowiedzialność sędziów za interpretację

Zgodnie z nowelizacją przepis art. 107 § 1 przywołanej ustawy otrzymuje następujące brzmienie: 
§ 1. Sędzia odpowiada dyscyplinarnie za przewinienia służbowe (dyscyplinarne), w tym za: 
1) oczywistą i rażącą obrazę przepisów prawa; 2) działania lub zaniechania mogące uniemożliwić lub istotnie utrudnić funkcjonowanie organu wymiaru sprawiedliwości; 3) działania kwestionujące istnienie stosunku służbowego sędziego, skuteczność powołania sędziego, lub umocowanie konstytucyjnego organu Rzeczypospolitej Polskiej; 4) działalność publiczną nie dającą się pogodzić z zasadami niezależności sądów i niezawisłości sędziów; 5) uchybienie godności urzędu." 

Spośród tych wszystkich enumeratywnie wymienionych sytuacji wątpliwości wywołują zwłaszcza te wyszczególnione w pkt. 2). i 3). Nie tylko chodzi o nieostrość tej regulacji, ale również o to, że pod te sytuacje mają – w zamyśle ustawodawcy – podpadać np. zachowania sędziego zmierzające do ustalenia czy inny sędzia spełnia kryteria niezawisłości w świetle orzecznictwa polskiego, unijnego, czy szerzej międzynarodowego. To trochę tak, jakby zakazać – tak uprzedzająco – każdemu lekarzowi w Polsce pytać, ustalać, analizować, zapożyczać, dociekać, czytać, posiłkować się publikacjami zagranicznymi (według nowej nomenklatury „obcymi”, „napisanymi w obcych językach”). To porównanie jest całkiem uzasadnione, skoro już teraz Sąd Najwyższy został uznany za obce ciało w Polsce, które chce wysadzić ustrój polski oraz demokrację. 

Nieskrywaną intencją ustawodawcy jest to, aby już sam test tzw. niezawisłości sędziego, powołanego przez Krajową Radę Sądownictwa ukształtowaną przepisami uchwalonymi przez Sejm poprzedniej kadencji, został uznany za „działania kwestionujące istnienie stosunku służbowego sędziego, skuteczność powołania sędziego”. Konsekwencją tego ma być odpowiedzialność dyscyplinarna sędziego, pomimo tego, że postępuje w zgodzie z interpretacją dokonaną przez najwyższy w Polsce organ sądowniczy, i pomimo tego, że to ten właśnie organ, a nie ustawodawca, czy rząd jest uprawniony w świetle Konstytucji RP do interpelacji polskiego prawa, przy uwzględnieniu przepisów i orzecznictwa unijnego, międzynarodowego. 

Okazuje się więc, że sędzia będzie mógł ponosić odpowiedzialność dyscyplinarną także wówczas, gdy będzie kwestionował rozstrzygnięcia Izby Dyscyplinarnej Sądu Najwyższego, pomimo tego, że Sąd Najwyższy – podejmując uchwałę z dnia 23.01.2020r. w składzie połączonych Izb: Cywilnej, Karnej oraz Pracy i Ubezpieczeń Społecznych Sądu Najwyższego (sygn. akt BSA I-4110-1/20) - uznał, że przedmiotowa izba nie jest sądem. 

Zasadniczy problem jednak polega na tym, że ustawodawca bardzo mocno wszedł w kompetencje sędziów i sądu, tj. uznał w jaki sposób należy interpretować w Polsce prawo. 

Nieracjonalność ustawodawcy karzącego za działania zgodne z prawem

Po raz kolejny dziwi, iż ustawodawca nie zachowuje się racjonalnie, co wynika wprost z treści przywołanego wyżej przepisu. Dlaczego? Przewiduje bowiem odpowiedzialność za zachowanie, które nie jest „oczywistą i rażącą obrazą przepisów prawa”. Gdyby bowiem było inaczej, to zbędny byłby przecież pkt. 2). i 3). Wówczas rzekome niewłaściwe zachowanie sędziego, który dokonuje testu niezawisłości innego sędziego, byłoby po prostu uznane za „oczywistą i rażącą obrazę przepisów prawa”. Oznacza to, że ustawodawca albo działa nieracjonalnie, albo z pełną świadomością przewiduje odpowiedzialność dyscyplinarną sędziów za takie zachowania, które nie są naruszeniem przepisu prawa. To jest coś nieprawdopodobnego. 

Zakaz retroakcji bez znaczenia

Władza wykonawcza w swych działaniach idzie o wiele, skoro uznała, że należy karać sędziów również wtedy, gdyż dopuścili się zachowań określonych ustawą w czasie, gdy owe zachowania nie były karalne. To tak jakby ustawodawca wprowadził dzisiaj przepis, zgodnie z którym każdy łysy będzie karany grzywną, a następnie wszczął postępowania karne wobec wszystkich, którzy przyszli na świat łysi. 

Przyjmuje się, że odpowiedzialność dyscyplinarna ma wiele wspólnego właśnie z prawem karnym, gdzie obowiązuje zasada, iż prawo karne nie może działać wstecz. Innymi słowy nie możemy być skazani za czyn, który po jakimś czasie ustawodawca uznana za czyn karalny. 

Skąd takie przypuszczenie, skoro w myśl nowych przepisów, a dokładnie zgodnie z art. 14 przywołanej ustawy „do czynów popełnionych przed dniem wejścia w życie niniejszej ustawy stosuje się przepisy o odpowiedzialności dyscyplinarnej w brzmieniu dotychczasowym”? 

Wynika to stąd, że pomimo takiego artykułu i tak były oraz są prowadzone postępowania dyscyplinarne przeciwko tym sędziom, którzy np. zadali pytania prejudycjalne związane ze wstępną oceną testu niezawisłości sędziego. To może tylko oznaczać, że władza wykonawcza i ustawodawca miała jednak wątpliwość co do zasadności stawiania zarzutów dyscyplinarnych do momentu wejścia nowelizacji w życie. 

W tym kontekście, zasadne jest pytanie czy ustawodawca nie otworzył drogi do pociągnięcia do odpowiedzialności dyscyplinarnej nawet sędziów Sądu Najwyższego, którzy podjęli uchwałę z dnia 23.01.2020r. w składzie połączonych Izb: Cywilnej, Karnej oraz Pracy i Ubezpieczeń Społecznych Sądu Najwyższego (sygn. akt BSA I-4110-1/20), zwłaszcza że Sąd Najwyższy tę uchwałę stosuje?

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza

Blog działa na zasadzie non-profit. Komentarze nie mogą zawierać kryptoreklamy, w tym linków odsyłających do stron internetowych, czy też podmiotów proponujących jakiekolwiek usługi, czy też sprzedaż jakichkolwiek towarów. Z uwagi na częste ignorowanie powyższego zakazu, ewentualne umieszczenie zakazanych treści wiąże się z jednoczesną zgodą na ponoszenie opłaty w kwocie 99 zł za każdy dzień istnienia takich treści w komentarzach.